[Wstecz]Opowiadania Fantasy - Zimowe żalez cichym chichotem. Macki dymu wspinały się po młodych nogach. Pełzły gwałtownie, obejmując dziewicze ciało. Spoczęły na policzkach. Były brudne i niezwykle szorstkie. Zupełnie jak Jego dłonie…
Chłodno…
Stał naprzeciw niej i uważnie się przyglądał. Przekrwione oczy pełne żądzy z obłędem śledzące wszystko wokół. Szerokie ramiona, nadwaga, kilkudniowy zarost. Spiczaste rogi, ostre kły, skrzydła jak u nietoperza i kolczasty ogon. I wielkie, szorstkie dłonie… Czuła ich ciężki dotyk… Koniec niewinności…
Zimno…
Reklamy na stronie Gildii Miłośników Fantastyki *
Cienie splatały swe postrzępione skrzydła. Wirowały podle, szemrząc złowieszczą melodię. Skrzypiały zębami pazurzastymi zgrzytem piekielnym. I tańczyły, chichotały, przyglądały się… Czujne, zimne, złe…
Jeden odskoczył w kąt, by uciec od światła świecy. Przysiadł i wyszczerzył garnitur zębów w obleśnym uśmiechu pełnym smrodu i zgnilizny. Pokazał dłoń sztyletami przyozdobioną, w których perlił się blask księżycowy. Zawył potępieńczo i wbił szpony w ścianę. Z nieziemskim dźwiękiem, wiercącym dziurę w tyle czaszki wygrywał melodię z Otchłani w kącie – swym nowym dominium. Nieprzyjemne dreszcze przebiegały skocznie po kręgosłupie, ślady chłodu pozostawiając. Taki zgrzyt! Cień zachichotał jadowicie i wbiegł na sufit. Zatańczył na nim wesoło, rozrzucając wokół kłęby mroku. Tam, gdzie upadły, wyrastały pokraczne i czarniejsze od nocy rośliny. Płomień świecy zalśnił mocniej, a gęstniejący las obumarł. Cień, przerażony niespodziewanym rozbłyskiem uciekł i schował się za szafą.
Zaległy cisza i spokój. Jedynie firanki falowały delikatnie na orzeźwiającym wietrze wpadającym do pokoju przez lekko otwarty lufcik. Ach, czemuś tak nie może wyglądać życie? Poukładać wszelkie niegodziwości na krawędzi, zebrać całość żałobnych róż i krzyknąć: Żyję, nie umarłam jeszcze! Taka słodka harmonia, jakże piękniejsza od codziennej jawy! Delikatnie otula zbłąkane istoty, ratując przed szaleństwem. Pozwól poznać Minorowy Raj, Pani Równowagi!
Wiatr wtargnął brutalniej do pokoju i przygasił płomień tańczący na knocie świecy. Kochanku kłamstwa, nie! Dwa cienie, zadowolone z tego faktu, wybiegły z przeciwległych kątów i złączyły się w pokracznej wersji jakiegoś tańca. Skakały radośnie ze śmiechem mrożącym krew w żyłach. Zawyły niczym stado wilków i rozpadły się na wiele mniejszych kawałków ciemności. Te zaprezentowały szpony i zlały się w nieprzebyty całun czerni, gdy płomień zgasł.
Spokojnie… Śmierć pięknieje na dalej>> Czytaj dalej strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 sammael 2008-10-06 [Wstecz] [Strona główna]
 | Zobacz strony: 1 | 2010-09-08 12:59:07 WOW(666) Brat G:
To byla reklama
| 2008-12-16 17:35:05 Strażnik(12) clops: Wedle prośby, choć ocena zdecydowanie negatywna. Ale o tym później:
"Gruba pierzyna przykrywała wszystko wokół. Konary drzew z ledwością utrzymywały biały ciężar, a dachy pobliskich domów wyglądały, jakby miały za chwilę się zapaść."
(skoro napisałeś, że śnieg przykrywał wszystko, to nie musisz już wymieniać gałęzi i dachów, bo robi się wodolejstwo)
"...poza nimi nie było śladów innych zwierząt."
(wszędzie? ani psów, ani kotów, ani wróbli, gołębi, wron? to jakieś dziwny ten świat przedstawiony, że tylko gile się uchowały)
"W długich, krystalicznie błyszczących soplach przeglądało się słabnące słońce."
(wypadałoby jeszcze napisać, skąd te sople zwisały, bo czytelnik wizualizuje sobie same sople, a te nie mają w zwyczaju wisieć samopas)
"Soile siedziała na chłodnej ławce..."
(tak, przecież zimą ławki bywają też ciepłe, trzeba więc podkreślić jej stan termiczny)
"Ach, czemuż to nie ona jest tym pełnym życia siedmiolatkiem..."
(pewnie dlatego, że urodziła się wcześniej – powinno być: żałowała, że nie jest tym pełnym życia...)
"Nienawiść – poczuła się (nienawiść się poczuła?) jak rażona piorunem."
(ciekawy zwrot – powiedz mi, co to znaczy "poczuć się jak rażonym piorunem"?)
"Nie, ogólna niechęć do mężczyzn, bezmyślnych stworzeń myślących (bezmyślnych/myślących – powtórzenie) tym, co mają w spodniach."
(no to teraz pojechałeś; przyziemnie i stereotypicznie – wpierw silisz się na poetyckość, górnolotne teksty, patetyczne, a tu nagle wciskasz tak strasznie wytarty i kolokwialny zwrot, że nic tylko zębami zgrzytać)
"Zanurzyli się w bezkształtnej masie ciemności."
(? – przysięgam, że czytelnik wizualizuje sobie jakąś wiszącą nad miastem czarną amebę; słowo „masa” ma zbyt fizyczny wydźwięk, by mogło stanowić oś udanej metafory; a to dlatego, że masa ma jakąś określoną wartość, a ciemność nie)
"Czyżby poprzez malunki wyrażał swoje cierpienie? Czy też może, kreśląc postacie swojego dzieła, jedynie naśmiewając się z tych, którzy zanurzyli się w oceanie nieznającym nadziei?"
(nagromadzenie pytań retorycznych jako zabiegu narracyjnego zaczyna być komiczne już w tym miejscu tekstu; aż boję się pomyśleć, co będzie dalej; ponadto w powyższym zdaniu masz pod rząd dwa imiesłowy kreśląc/naśmiewając – a to fatalny styl wypowiedzi; pomijam też, że ze zdania nic sensownego nie wynika, a jeżeli wynika, to napisz mi to w żołnierskich słowach, bo za głupi jestem, żeby się przebić przez metaforyczny bełkot)
"Dwulicowy brutalu, chowający prawdziwe uczucia za maską wyrzeźbioną w beznamiętnym lodzie."
(nie wiedziałem, że mróz ma uczucia – a jak tak, to jakie? i po co personifikujesz, skoro nie ma to żadnego znaczenia dla fabuły, ani nawet dla narracji)
"Wesoła postać przedstawienia wymyślająca coraz bardziej skomplikowane ewolucje."
(jaka postać? gdzie postać? o kim piszesz?)
"Ach, tyleż radości dajesz włosom, gdy porywasz je do zabawy! Takiż jesteś wówczas niewinny, cholerny hipokryto! A gdy słońce ucieka, dotykasz policzków zimnymi szponami, mrożąc bijące słabo serce. Spłoń!"
(ach... o czym/kim jest ten akapit? o mrozie, czy o wietrze? bo przysięgam, nic z tego nie wynika)
"Wiatr przygniatał drzewa do ziemi potężnymi ramionami."
(ach... hiperbolizacja niestety czyta się w tym miejscu całkowicie dosłownie – czyli drzewa leżące pokotem, a to absurd czystej wody)
"Do tańca porwał śnieg i razem szaleli niezmordowanie pośród nagich gałęzi."
(ach... to już pisałeś w poprzednim akapicie, że tańczyli)
"Ciemność panowała wszędzie. Była taka delikatna i spokojna. Niema artystka czarnej pory. W kącie przyglądała się..."
(ach... jeżeli była wszędzie, to nie była w kącie)
"Ach, kiedy stałaś się taka zimna, córo ma?... W gorycz matkę ubierasz…"
(szczerze, to od tego egzaltowanego pisania całkowicie odechciało mi się czytać... ach)
"Ono (zbędny zaimek) zamruczało i po chwili rozpłynęło się z cichym chichotem."
(tautologia – chichot jest cichy z definicji)
"Macki dymu wspinały się po młodych nogach (czyich? trzeba dopisać). Pełzły gwałtownie, obejmując dziewicze ciało. Spoczęły na policzkach (znaczy się – zatrzymały się? dym się zatrzymał? ciekawe, zaiste ciekawe). Były brudne i niezwykle szorstkie."
(szorstki dym - a co tam, licentia poetica)
"Przekrwione oczy pełne żądzy z obłędem śledzące..."
(żądza z obłędem – czy – z obłędem śledzące?)
"Wirowały podle..."
(proszę mi objaśnić, co to znaczy – podle wirować?)
"Skrzypiały zębami pazurzastymi..."
(że co? pazurzastymi zębami?)
Na "pazurzastych zębach" straciłem siły. Nerwy też. Musiałem sobie puścić "Don't Worry, Be Happy". No i jakoś mi przeszło.
A na poważnie.
Prosiłeś o ocenę, no to oceniam.
Tekst jest fatalny. Językowo fatalny. Nie panujesz nad sposobem wypowiedzi, a jednocześnie skaczesz na głęboką wodę - to znaczy w metafory. W krótkim opowiadaniu produkujesz ich tyle, że przebijasz niejedną książkę, niejednego znanego autora. Zdaje się, że nie potrafisz w prosty sposób opisać akcji, wydarzeń, bohatera. Tylko oblepiasz to wszystko patetycznymi frazesami i wychodzi Ci niestety koszmarek. Uroda tekstu beletrystycznego to nie ilość, to jakość. Udana metafora, odmierzana w stosownych porcjach, to muzyka dla uszu czytelnika. U Ciebie niestety jest jazgot - nic tylko pogo tańczyć.
To nie jest Twój pierwszy tekst, który czytam. Gdyby był, powiedziałbym, że może uda Ci się kiedyś napisać dobre, bo normalne opowiadanie (to wcale nie jest łatwe). Ale nie powiem. Jak dla mnie stoisz w miejscu. Toniesz w bagnie kiepskiego języka i nie chcesz wyjść na twardy grunt.
Ja rozumiem fascynację ulubionym zespołem. Ja rozumiem fascynację wokalistką. Ale do napisania dobrego opowiadania trzeba czegoś więcej. Trzeba pomysłu i warsztatu.
Jestem świadomy, że powyższe może Cię zaboleć, ale tak to już jest, kiedy się samemu prosi o ocenę.
Przemyśl to.
| 2009-05-07 13:12:52 Wędrowiec(0) kanibal: Zgadzam się z clopsem. Autorze/ko opamietaj się! To co wypociłeś/łaś to istny koszmar! Prosiłeś/łaś o komentarz, więc pomyślałam zlituję się. Niewielu tu zagląda, a nawet jak już zaglądnie to po pierwszej stronie umyka niczym pieprz rosnie, ale ja dam radę! Zaprę się, może dalej bedzie lepiej. Niestety, o zgrozo, dalej jest jeszcze gorzej! Dotarłam do trzeciej strony, dalej nie byłam w stanie. To co udało mi się przetrawić woła o pomstę do nieba! Clops podał wyśmienicie potknięcia stylistyczne, a ja dodam tylko, że tekst jest napompowany górnolotnymi, wydumanymi metaforami, ktore nie trzymają sie kupy i nie posuwają akcji do przodu, a powodują mało zrozumiały bełkot. Drogi autorze, jeżeli poważnie myslisz o pisaniu dla ludzi, a nie dla "melodii języka", którą w stanie jesteś znieść tylko ty sam/a", proponuję przemyśleć temat, skoncentrować się na akcji i zrezygnować w dużej części z tych wydumanych, napompowanych i nic nie wnoszących do tekstu metafor. Dozuj je z umiarem i logiką zamiast ekscytować się samych ich brzmieniem i przekonaniem o własnej genialności (skoro już takowe wymyśliłeś/łaś). Metafora ma nas oszołomić i zaciekawić, a nie znużyć i zniechęcić do czytania. Przed tobą dużo pracy. Pozdrawiam i życzę sukcesów w kształtowaniu warsztatu.
| 2009-05-07 13:12:53 Wędrowiec(0) kanibal: Zgadzam się z clopsem. Autorze/ko opamietaj się! To co wypociłeś/łaś to istny koszmar! Prosiłeś/łaś o komentarz, więc pomyślałam zlituję się. Niewielu tu zagląda, a nawet jak już zaglądnie to po pierwszej stronie umyka niczym pieprz rosnie, ale ja dam radę! Zaprę się, może dalej bedzie lepiej. Niestety, o zgrozo, dalej jest jeszcze gorzej! Dotarłam do trzeciej strony, dalej nie byłam w stanie. To co udało mi się przetrawić woła o pomstę do nieba! Clops podał wyśmienicie potknięcia stylistyczne, a ja dodam tylko, że tekst jest napompowany górnolotnymi, wydumanymi metaforami, ktore nie trzymają sie kupy i nie posuwają akcji do przodu, a powodują mało zrozumiały bełkot. Drogi autorze, jeżeli poważnie myslisz o pisaniu dla ludzi, a nie dla "melodii języka", którą w stanie jesteś znieść tylko ty sam/a", proponuję przemyśleć temat, skoncentrować się na akcji i zrezygnować w dużej części z tych wydumanych, napompowanych i nic nie wnoszących do tekstu metafor. Dozuj je z umiarem i logiką zamiast ekscytować się samych ich brzmieniem i przekonaniem o własnej genialności (skoro już takowe wymyśliłeś/łaś). Metafora ma nas oszołomić i zaciekawić, a nie znużyć i zniechęcić do czytania. Przed tobą dużo pracy. Pozdrawiam i życzę sukcesów w kształtowaniu warsztatu.
| Zobacz strony: 1 | |
[Wstecz] [Strona główna]
|