Fantastyczna rozrywka


[Humor, dowcipy, zabawne historyjki]


Przygody dziwne i nie bardzo...

[blok]Żółte i świecące jak lampa, Słońce właśnie wschodził nad Krainą. Słońce, co wszyscy wiedzą, nie był żadną tam gazową kulą ognia, i wcale nie było centrum układu planetarnego. Gdzie tam! Niemniej dawał dość sporo światła i ciepła dzięki czemu niektórzy osobnicy w krainie uznawali je za jakieś bóstwo. I wszyscy byli z tego zadowoleni poza samym Słońcem, który nie miał manii wielkości i wiedział jak się sprawy naprawdę mają.
-O wielkie słońceeee, ześlij nam deeeeeszcz.- Najwyższy Kapłan był znany z wymyślania takich głupot i zaprzeczeń samych w sobie.
-Spadaj, ćwoku- Mruknął Słońce.
-Dzieeeekujeeee Ci oooooo Słońceeee.- Zawołał Kapłan który najwyraźniej uznał to za jakieś cudowne wywyższenie.
-Tak, tak nie ma za co.- Rzekł Słońce.- Ty kretynie- Dodał po chwili namysłu.
Ceremonia niestety musiała być przerwana gdyż po dwóch ostatnich słowach Słońca Najwyższy Kapłan wpadł w religijne uniesienie.
-Nareszcie!- Stwierdził Słońce. Niestety na horyzoncie pojawiło się właśnie nowe zagrożenie.
Na ceremonialny pagórek wdrapywała się właśnie jedna z najstraszliwszych istot w całej Krainie. Słońce chciał już uciekać, lecz nie miał gdzie. Czekał. C.M.C.(Cudowny Mały Chłopaczek) stanął.
-Och, Panie Słońcu, tak się cieszę że pana widzę!- Rzekł C.M.C.
-Ochnaprawdetymałyidioto?- Wycedził przez zęby Słońce.
-Słucham, Panie Słońcu?- Zapytał C.M.C. które najwyraźniej nic nie zrozumiało.
-Nieważne...Weź ty się wreszcie naucz mówić jak człowiek. Co to niby za określenie „Panie Słońcu”? Kto cię, kołku, uczył gramatyki?- Zapytał Słońce.
-Ale, jak mam to mówić Panie Sło..nie..eee?
-NIE WIEM!!! TO LUDZIE POWINNI ZNAĆ SIĘ NA GRAMATYCE JĘZYKA, KTÓREGO SAMI WYMYŚLILI!!!- Wrzasnął Słońce.- I nie jestem słoniem.
-Jest Pan bardzo niemiły.- Stwierdził chłopiec poważnym tonem.
-Fajnie że zauważyłeś.
W tym momencie C.M.C. się rozpłakał co było dla wielu istot w Krainie najstraszliwszą rzeczą którą sobie można wyobrazić. Na nic były nieudolne pocieszenia Słońca typu: „Zamknij się wreszcie” lub „Zaraz ci przywalę!”- Chłopiec nie przestawał. W końcu po pięciu przeszło godzinach Słońce złamał się w sobie i powiedział najmilej jak potrafił (czyli niezbyt miło):
-No, przepraszam. Czego więc chciałeś?
Odniosło to zamierzony skutek: C.M.C. przestał płakać.
-No więc...- Zaczął, lecz Słońce mu przerwał krzycząc teatralnie, lecz zgodnie z prawdą:
-Och, jak późno! Zapomniałem o swoich obowiązkach!
I popłynął na wschód najszybciej jak potrafił, gdyż nie chciał dostać od Księżyca awantury, że znów się spóźnia. Po chwili zawrócił; powinien lecieć na zachód.
-Ale mi jest przykro!- Stwierdził C.M.C. i się rozpłakał.
***

Czarodziej Marcus Von Dhurrshlak siedział na swoim wielkim stołku, w swojej potężnej, chronionej przez żywopłot chatce z bali i obierał ziemniaki.
-Ała!- Stwierdził czarodziej gdy ten wredny nóż do obierania ziemniaków prawie odciął mu palec.
-Ała!!- Rzekł już z większym naciskiem, gdy nikt nie zareagował, a jego ręka krwawiła w najlepsze.
-Czy ktoś wreszcie, mógłby wykazać zainteresowanie moją tragedią?- Zapytał pozostałej trójki magów.
Żaden nie odpowiedział; właśnie całą trójką przeglądali jakieś tanie pisemko dla pań, w którym to znajdowało się 1001 przepisów na danie z ziemniaków. Cała trójka łakomie oblizywała wargi.
-Arghh- Warknął Marcus gdy cała jego ręka spływała już krwią. Gdy zorientował się że nikt mu nie pomoże, wymówił zaklęcie na zasklepienie ran. Niestety coś mu nie wyszło i zamienił się krewetkę-barbarzyńce.
-O rzesz...- Stwierdził po krewetecku, cokolwiek by to był to za język.
Marcus stanowczo nienawidził spotkań Gildii Magów. Zwłaszcza kiedy musiał obierać ziemniaki na „bankiet”. Wyszeptał kilka słów i znów stał się Marcusem człowiekiem. Do tego nie miał już rany.
-Magia jest jednak przydatna.- Stwierdził fakt. Nagle go olśniło. „Niech to szlag, jestem w końcu magiem. Czemu się męczę z nożem?” pomyślał. Spojrzał z obrzydzeniem na nóż który trzymał w ręku i rzekł do niego:
-Stań się...eee, sam obierz te wszystkie ziemniaki!- Wykrzyknął.
-Co ty tam ględzisz?- Zapytał kulturalnie przewodniczący Gildii Vaerron III Żarłoczny, odrywając się od swej lektury.
Marcus rzucił mu spojrzenie kompletnego wariata. Vaerron trochę się zmartwił i zaczął na nowo czytać przepis na potrawkę z ziemniaka w sosie własnym.
W tym momencie zaczęło się istne Pandemonium! Ziemniaki, które również ożywił Marcus, zaczęły uciekać przed nożem (krzyczącym „Hajda na wroga!”) zaś miska, w której znajdowały się obrane ziemniaki, zaczęła tańczyć Sambę. To wszystko, razem z szaleńczym śmiechem Marcusa, sprawiło że czytający magowie odwrócili głowy i stwierdzili że coś jest nie tak.
-Hej, coś jest nie tak!- Krzyknęli odkrywczo chórem.
Jednak w tym momencie zdarzyło się coś jeszcze gorszego. We drzwiach pojawił się C.M.C.
-O rzesz...- Stwierdzili wszyscy obecni, łącznie z Marcusem, ziemniakami, nożem i miską która była niema.
***

-Szukam przyjaciół!- Poinformował C.M.C.
Firrenal, zastępca przewodniczącego Gildii zapewne nie ucieszył się z tej informacji. Był jedyną żywą istotą która nie wyskoczyła przez okno gdy przyszedł chłopiec. Był za gruby by się w oknie zmieścić.
-Jest mi bardzo smutno, że nie mam przyjaciół Panie Firrenal. Może pan mógłby mi pomóc?- Rzekł aluzyjnie C.M.C.
Firrenal wiedział co to oznacza. Próbował znaleźć dobre strony zostania przyjacielem C.M.C.-ema. Znalazł tylko jedną- żaden bandyta nigdy ich nie zaatakuje. No chyba że sam będzie chciał zostać przyjacielem chłopca.
-Eee wiesz, mam dużo pracy. Sprawy Gildii...-Finrreal rozpoczął z góry przegraną walkę.
-Na pewno Gildia poradzi sobie bez Pana.
-Eee no nie, jestem całkowicie niezbędny by Gildia działała prawidłowo.- Skłamał perfidnie czarodziej.
-Buuuu, nikt mnie nie lubi... Zaraz będę płakał.- Poinformował C.M.C. z groźbą w głosie.
„Co robić, co robić?!” pomyślał Finrreal.
-Zgadza się Pan?
-Eee... Ja... Niee.. no dobrze.-Uległ w końcu Finrreal.
-Taaak, idziemy!
„O Boże, w co ja się wpakowałem!” myślał czarodziej.

Wyszli z chaty. Zaczynało powoli zmierzchać. Chmury wiszące nad ich głowami informowały ich że zaraz może zacząć padać. Nie przeszkodziło to C.M.C.-mowi w śpiewaniu pewnej ohydnej pioseneczki. Robił to zawsze kiedy był zadowolony, czyli jakieś 24 godziny na dobę.
-Lalalalalalalalalala, obłoczki i chmurki....
„To odmóżdża! Kto go tego nauczył?” stwierdził w myślach czarodziej.
-Trilalilaliiii, rzeczki i górki...- Zawodził niemiłosiernie chłopiec.
„Błagam, przestań!” zawołał Finrreal w umyśle. Zatkał sobie uszy, lecz to nic nie pomogło. Całe jego ciało, każda komórka była rozrywana na tysiące malutkich kawałków. Czół jak traci siły. „A więc tak mam umrzeć...” zdążył pomyśleć zanim padł bez przytomności.
***

-Znowu się spóźniłeś- Stwierdził Księżyc tonem który nie wykazywał że darzy szacunkiem i miłością swojego partnera w interesach.
-Odczep się, to przez tego małego szczyla.
Księżyc zbladł, o ile przy jego cerze było to w ogóle możliwie.
-Co! On tu gdzieś jest?- Wykrzyknął w przerażeniu.
-Gdzieś tam polazł. Na szczęście teraz to ty jesteś na niego narażony, hje, hje, hje.- Słońce uśmiechnął się złośliwie.
Księżyc, przełykając głośno ślinę i popłynął w górę, na przeciw niebezpieczeństwu.
***

-Panie Finrreal, co się Panu stało?- Zawołał z przerażeniem chłopczyk.
-Eee, to ze zmęczenia, rozumiesz, dużo pracowałem.- Gdy to powiedział chłopiec pokiwał współczująco głową.
-Jeśli się Pan czuję lepiej, to możemy już iść.- Zaproponował C.M.C. tonem nie przyjmującym sprzeciwu.
-Nie! To znaczy nie czuję się lepiej!
Niestety chłopiec nie przyjął tego do wiadomości i po chwili ruszyli w dalszą drogę.
Tym razem Finrreal miał jednak szczęście. Pomógł mu królik.
-O jaki słodki króliczek! Chodź do mnie malutki! Mój ty kochany, słodziuśki, cudowny! Panie Finrreal, proszę spojrzeć jaki wspaniały... Panie Finrreal?
A pan Finrreal po prostu zrobił to co każdy normalny człowiek w jego sytuacji- dał drapaka. -Ale mi jest przykro!- Stwierdził C.M.C. i się rozpłakał.
***

Księżyc który miał zamiar, jak zwykle zresztą, trochę sobie pospać (założył nawet szlafmycę!) tej nocy nie miał okazji. Od kilku godzin z miejsca odległego o kilkaset kilometrów, dobywał się nachalny płacz.
-Holender, co ten dzieciak sobie wyobraża!- zapiszczała cienkim głosikiem jedna z gwiazd.
-Myśli że cały świat to jego podwórko?- dodała piskliwie druga.
-W takim razie spróbujcie powiedzieć mu żeby przestał!- warknął Księżyc.
Obie zamilkły. Jęczeć zawsze można...
***

Takie samo zdanie miał jednak też jeden Pustelnik, który posiadał znacznie więcej odwagi niż przeciętna gwiazda:
-Przymknij się wreszcie ty rozwydrzony idioto! Wszyscy już wiemy że jesteś nieszczęśliwy.
To był błąd. Nie powinien na siebie zwracać uwagi.
C.M.C. uśmiechnął się diabolicznie i powiedział:
-Chce pan zostać moim przyjacielem?
***

Słońce znów wyruszał na swoją wędrówkę po niebie. Był zadowolony. Księżyc co prawda nie dostał znowuż tak strasznie, ale przynajmniej nie mógł spać, a to już coś. Do tego on sam świetnie się wyspał. Niestety niedługo stanie się coś, przez co Słońcu mina zrzednie.
***

Pustelnik szedł zły obok C.M.C.-ema. „Przeżyłem trzy wojny, cztery ustroje totalitarne i jedną super novą.- Myślał Pustelnik- Zawsze byłem niezależnym anarchistą. A poddałem się głupiemu dzieciakowi.”
-Noo, Panie Pustelniku jak się Pan naprawdę nazywa?- Zachęcał go C.M.C.
-Nie twój zakichany interes, ty głupi kurduplu.
-Uuuuuuuuu, jest Pan bardzo niemiły.- Zawołał chłopiec.
-Wiem. I dobrze mi z tym, ty wredne dziecko słońca!- stwierdził dobitnie Pustelnik.
C.M.C. stanął jak wryty. Jego twarz skamieniała, ręce się zacisnęły.
-Słońca?- Zapytał cicho.
-Słońca.- Odrzekł Pustelnik, lekko zdziwiony efektem.
W tym momencie stało się coś dziwnego. Chłopiec krzyknął, podskoczył w górę na dwa metry i pognał przez las z szybkością błyskawicy.
Pustelnik wzruszył ramionami i udał się w stronę swego domostwa, pogwizdując z cicha.
***

Gdy słońce przepływał nad pagórkiem ceremonialnym powietrze rozdarł straszliwy krzyk:
-TATA!!!
Słońce zdziwił się i odwrócił w stronę krzyczącego. Gdy zobaczył że to C.M.C. zdziwił się jeszcze bardziej.
-Dlaczego nic mi nie powiedziałeś!?- Wrzasnął tamten.
-Co ty tam gadasz?- Zapytał uprzejmy jak zawsze, Słońce.
-Czemu mi nie powiedziałeś że jesteś moim tatusiem?!
-Kurcze o czym on gada?- Zapytał przelatującego obok noża goniącego trzy ziemniaki.
-Ni wiem stary, ale te ziemniaki diabelnie trudno złapać.
Słońce uznał że rozmowa z gadającym nożem jest poniżej jego godności.
-Och tato tak się cieszę! Nareszcie będę miał przyjaciela!
-Czy możesz mi wreszcie powiedzieć o czym ty gadasz?- Słońce do tej pory nie zrozumiał o co chodzi.
-O to że jesteś moim tatą!- Odpowiedział wniebowzięty C.M.C.
-Kto ci to powiedział?- Zapytał Słońce bezbarwnym tonem głosu. Najwyraźniej nie podzielał entuzjazmu C.M.C.-ema.
-Pustelnik- tacy nigdy się nie mylą.
Słońce podniósł jedną brew do góry, zaś drugą opuścił. Rzadko kto to potrafił. Następnie powiedział bardzo, ale to bardzo rozdrażnionym głosem:
-Kurczę, czy ja o czymś nie wiem...?




C.D.N.[/blok]##edit_byford 2005-11-18 10:24:12##ed_end##


Autor: 266


Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji można znaleźć w Polityce prywatności.

ZAMKNIJ
Polityka prywatności